niedziela, 27 stycznia 2013

zimowy weekend

 Kto tego nie zna? 6:30- chwila paniki i wielka ulga, rozpływająca się rozkosznie po ciele i nie calkiem przebudzonym umyśle swiadomosc, ze to przeciez sobota. Można jeszcze wtopić się w miękkości, dośnić w spokoju niedośnite:). Delektować się kawą (z mozartowym serduszkiem) serwowaną przez lilkowego do łóżka (lilkowy zawsze wstaje o piątej nooo, szóstej; dziwak:)). Słodkie, sobotnie lenistwo. Słonce wpada przez drzwi tarasu (salonik na okazje weekendu grzejemy; w tygodniu gdy ja wracam o 18.00 a lilkowy ostatnio nawet o 21:30 - znów jakiś bardzo pilny projekt- króluje oszczędność), wyciągam się na sofie.
Przycisk i krótkie brrrum produkujące rozkoszny  napój. Nic nie robić; wchłaniać kolejna kawę.
Przerzucać bezmyślnie kanały telewizji (telewizja? niemal zapomniałam co to jest)

hej, hej- zbyt ładnie jest - kołacze resztka  będącej  w zaniku siły woli,
Lilkowy pasuje, zgłasza swoja gotowość na niedzielę, co działa niezbyt  motywująco.
ale jednak - zwlekłam się.

Nie tylko silna wola, ale i moja kondycja jest w zaniku. Szóstka  wycofać się nie zechciała  (bezczelna),
dźwigam wiec 8 kilogramowy naddatek ciałka kochanego. .
ale turlam się  powolutku. jakoś idzie :)
i jest bajkowo





Potuptałam sobie na nartach, pod górkę, w pobliżu wyciągu, żeby nie martwić się o lawiny.
W pewnym momencie musiałam przekroczyć zlodowaciały i dość stromy w tym miejscu stok;
narty na fokach a i kanty nieostrzone;  - uda się czy się nie uda - tak brzmiała myśl (jeśli załozyć, że myśl może brzmieć) w kilka chwil po; ściślej: czy uda się zatrzymać niekontrolowany zjazd, bynajmniej nie na nartach-  i czy uda sie ta sztuka przed końcem stoku... :)  efekt- tuptamy (prawie) od początku :)

Dziś już bez motywacyjnych problemów pognało mnie tam (likowy zglosil przeziębienie; cwaniak:)); wyszłam na gorke, a potem pozjeżdżałam sobie trochę wyciągowo.
Kondycja - nooo, trooooche lepiej.  Chociaż zjazd na miękkich turowych deskach po oblodzonym stoku - tez jest wyzwaniem (eee, do niedawna uwazalam, ze jazda na nartach - z wyjątkiem glebokiego puchu wogole nie jest wyzwaniem.... no dobra, na lodzie, zawsze, nawet w lepszych okolicznościach kondycyjnych na tych nartach to trochę akrobacja jednak).
A po- niewyobrażalnie cudowna lekkość stop, które pozbyły się narciarskich butów,
podgrzanie mej zmarzlej niewymownej (uuuu, co za przyjemnosc) w drodze powrotnej.


moje smoczki:)

Niech zyje zima!
a na srode zgłosili 15 stopni! w plusie!
No jak to tak... halo, halo, ja dopiero zaczelam sezon,
cos im się tam zupełnie pomyliło...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz