Niebiosa mnie wysluchaly, co zepsuly naprawily i dzis niebo uczyninono z prawdziwego niebieskiego blekitu, przetkano go uroklilwie bialymi klebkami a dla rownowagi wszechpanujaca szarosc urocza biela przyproszono. Grozne szkielety wylaniajace sie z mglistej zupy nabraly wdzieku koniakowskich koronek. Tak bylo rano, gdyz wieczorem a raczej troche pozniejszym popoludniem - ciemnosc do ogladania ofiarowano (dziwne...:)), ale i tak przejrzystosc tej ciemnosci optymizmem napawala.
Wczoraj wyruszylismy na beznadziejne poszukiwanie jakies snieznej laczki (moze napadalo tyle choc, by sie przejsc choc kawalek, kawleczek) w zasiegu czasowego cyrkla. Bezskutecznie.
Pospacerowalismy tylko troche podziwiajac mlecznosc.
Trebunie pamietam (a wspominam z nostalgia, jako cos, co mnie zauroczylo bardzo), z koncertu na krakowskim Kazimierzu, jazzujacych na goralska nute, z czasow jeszcze przedtwinklowych.
Nie potrafie odnalezc tamtych Tutkow.
Reagge - Tutki - nie porywaja mnie. Wole tutkowe Tutki .
To cos za oknem wydaje sie niedorobka, wypadkiem, czyms co sie zepsulo i szybko powinno zostac naprawione. To cos ciemne, mgliste i zimne. To a ni jesien, ani zima, to jakas pomylka natury, niedokoczona pora roku. Ba, a sa miejsca na swiecie, w ktorym to cos przez wiekszosc roku trwa; bylam, widzialam, inaczej jak moglabym uwierzyc:))
Na salwowanie sie lodowcem - codzienna, skrzeczaca rzeczywistosc nie pozwala (zeby juz spadl snieg, to mozna by na jakas poblizsza gorka, a tu tylko ta mgla i mgla).
Marco Besley spiewa dawna muzyke Wloch i Hiszpani, z charakterystyczna maniera, czym - jak to w takich przypadkach bywa - polaryzuje melomanow.
Jako ze z reguly strone tych nie do konca rozsadnych trzymam (o czym jeszcze obszerniej nadzieje mam)- Marc-iem sie zachwycam.
Czego i milym zagladaczom zycze :)
wybralam sie w siec na poszukiwanie wiersza o jesieni. najbardziej spodobal sie.
(bo Leszka Dlugosza juz wspomnialam)
Ale nie znalazlam tego co szukalam. postanowilam wiec napisac sobie sama. :)
wczoraj, zapewnie w ramach wprowadzania w penderecka atmosfere, radio bawarskie uraczylo kwartetetem klarnetowym.
przed chwila skonoczyl sie koncert, nadawany na zywo z Monachijskiej Rezydencji, premiera niemiecka Concerto doppio per violino, viola e orchestra Krzysztofa Pendereckiego (dla tych, co chca posluchac - Penderecki tak od ok. 15 min., wczesniej nudza Bethoveenem) *.
(pan w radiu powiedzial, ze szysztof penderecki na podium wlasnie wyszedl; pewnie tak bylo, bo brawo bijom). wlasnie, wlasnie graja penderecki bis.
ja tutaj, nie tam, ale slucham, slucham, rozpartam w fotelu (moj fotel wygodniejszy, o;)) i se slucham.
---
po Pendereckim zagrali siodma symfonie Bethoveena.
Wciaz nie wiem, czy Ludwiga van tez lubie . Czasem tak, a czasem mnie denerwuje.
ale tego fragmentu slucha sie przyjemnie (i latwo).
Wiec posluchajmy :))
* polska premiera biedzie miala miejsce 23 listopada w Poznaniu
Niedawno trafilam na taka ciekawostke.
Słuchacze radiowej Dwójki wybrali najlepsze płyty jazzowe wszech czasów.
Pomimo ze jazzu nie przybywa u mnie juz od czasow prawie wszech:),
okazuje sie, ku mojemu zaskoczeniu, ze pierwsza dzisiatka gosci na lilkowej polce (z wyjatkiem Stanki). Wiekszosc pierwszej dwudziestki (brak numeru 17 i 18)- takoz.
Ale - powialo zgroza. nie ma Oscara Petersona.
Gitarzysci- z wyjatkiem Django - tez zdaje sie po macoszemu
(ale, ale jesli dobrze zrozumialam- to setka owa zostala zaproponowana przez Dwojke sama;
zabraklo Petersona? Dwojko!)
przyjrze sie jeszcze pozniej liscie tej (=> ps).
Maharaje juz wspomnialam,
ale z okazji zignorowania go przez sluchaczy Dwojki/przez Dwojke wspomne raz i jeszcze.
I to z duza przyjemnoscia.
A na deser lekka zmiana nastroju i numer 81, prosto z lilkowej polki :)
ps. kolejne notki - z powodow ostrego braku czasu - dopiero w listopadzie (ale to juz wkrotce:)).
przepraszam milych a cierpliwych zagladaczy za to przydlugawe milczenie. czas, czas, czas....uffff.
Rozkurzawił się, rozszalał,
piaskiem o bruk chlasnął, trzasnął,
w szyby domów bębnął, chlasnął
i pyłem ulice zalał.
Rozkręcił się, rozpiekielnił,
jak bies czarny poszedł w tany,
jak szalony, jak pijany,
walił w ściany, pluł na ściany,
gwizdnął, pisnął, stuknął, wrzasnął,
rozhulał się, rozweselił...
Potem w norę wpadł zziajany
i przycupnął gdzieś, i zasnął...
Wiatr w zaułku
K.I.G.
Chociaż brzmi jesienno, tak na prawdę tak wygląda tutaj LATO. potrafi zjawic sie z nikad. z blekitnego nieba, z anielskiego spokoju. u nas (tzn w polskim u nas:)) zwany halnym, tu fenem (Föhn).
Przynosi "sikawice" (a nierzadko grad), czasem tęcze, a z reguly - bóle głowy (jam co prawda nie migrenowiec- którym biada- , ale moja metopatyczna natura i tak odczuwa zawczas i dosadnie)
pogodne dni- dobro latoś dawkowane szczodrze,
traktowane lekce i bez pietyzmu,
niespodziewanie staly sie
cenne.
po pracy zdazylam jeszcze wyskoczyc na rower
(juz za chwileczke juz za momencik nadejda zle wieczory,
deszczowe a co gorsza - ciemne... buuuu tzn. beeee)
no wlasnie. gadalam z owca (owca: beee, ja: beeee),
gdy z za rogu nadbiegl (nadjoggingowal) mezczyzna
(cholera, znajomy z pracy) zwialam czerwona:))
lato pożegnało się pogodnie, głaszcząc wciąż bardzo zielona, wiosennie zielona
trawę miękkim
światłem zachodzącego słońca.
widzicie ta mgielke w poprzek gor?
o tej porze roku mgly witaja rano i zegnaja wieczor.
jakos tak tu jest
to tu powinien stać nasz domek,
i rdzawo oswietlajac juz osniezone (jupiii!!!) gory
***
i jeszcze wspomnienie - z lilkowejdrogi (niech zyje slowackie radio devin!).
lilka tam, lilka tu - a tu nagle- koniec lata.
czyz moze byc bardziej na ta okazje sposobne wspomnienie
niz plomienna gitara godnegonastepcy wielkiego Paco?
kto ma ochote posluchac usmiechajac sie przy tym
- usmiechem niedopowstrzymania -
do komentujacego:))- niech sciaga (polecam, bo warto posluchac):
czas, czas, czas. czas bezcenny, czas przeklety.
w klotliwym nastroju jestem i poklocic sie z Borgesem ochote mam.
i sie jescze pokloce.
:):):)
a na razie - wygrzebalam dosc przypadkiem ladny filmik. Marcus Fleminius Rufus przypomina Tomka Czeresniaka, przez co filmik tylko sympatyczniejszym jest :)