(to kontratenorowe wykonanie jednak ma coś w sobie,
chociaż panowie, a przynajmniej lilkowy, niezbyt chętnie je słuchają:))
***
Wszystkim tu zaglądającym życzę pełnych radości Swiąt.
***
Bereite dich, Zion, mit zärtlichen Trieben,
Den Schönsten, den Liebsten bald bei dir zu sehn!
Deine Wangen
Müssen heut viel schöner prangen,
Eile, den Bräutigam sehnlichst zu lieben!
czwartek, 13 grudnia 2012
Przyszła kryska na matyska i na lilke tez.
Bogu ducha a niczego się niespodziewającą, nagle, z zupełnego zaskoczenia.
Ale- nie ważne na kogo.
ważne, wiele ważniejsze OD KOGO!
ohoho,
nie od byle kogo o nie.
Palcem wskazały, do zabawy zaprosiły Dwie Wspaniałe Dziewczyny.
Najpierw jedna, a ledwo co lilka ochłonela, nawet nie całkiem tylko za ochłoniecie się zabierała-
a tu proszę, jeszczejedna.
Asię z Pakistanu chyba każdy, kto tu przypadkiem zagląda zna. A jeśli kto nie zna- niech w Asjenkowe pakistańskie progi czym prędzej bieży, bo warto, oj warto.
A nie tylko to o czym, ale tez JAK Asjenka pisze zachwyca.
Bo ona pisze po prostu i ślicznie.
Czytam Asiu Twoje notki z tchem zapartym i się uczę, staram się spoglądac na ludzi z takim szacunkiem i z taka uwaga jak Ty. Dostrzegać drobiazgi wokol przyglądac się szczegolom, które moja nieco autystyczna natura- ignoruje.
Bloga Anety Wiktorii, która tak cudownie potrafi upiekszac swiat wokoł, podczytuje z nabożenstwem osoby pozbawionej zdolności manualnych (chociaż wciaz w skrytości ducha liczącej na objawienie, olśnienie, że moze cos we mnie się przebudzi, że moze ta polowa genów obdarzona meblotworczoscia, dzierganiem, szyciem i ogolno majsterklepkowaniem co skrywa sie do tej pory skutecznie, na starosc się przebudzi, że może tylko obawa nie uzasadniona, lek a niesmiałośc, że przeciez dziecięciem, gdy jeszcze nie wiedziałam, ze zdolności nie posiadam cos tam czasem....). Czytam, podziwiam i troszeczke zazdraszczam...:)
kolejny dzien i kolejna Wielka Smierc
(w tym wieku to mozna, zwlaszcza po TAKIM zyciu).
Zmarl Dave Brubeck (numer9 na liscie dwojki).
Syn kalifornijskiego farmera. Mial byc weterynarzem, zostal legenda jazzowego fortepianu.
Oczywiscie, korzystam z pretekstu - by podrzucic muzyczne co-nie-co.
Ten standard jazzowy - chyba kazdy zna.
a to jest takie ladne.
***
przed chwila skonczyl sie koncert w dwojce, a raczej w Katowicach.
Joshua Bell jest znany z dźwięcznego nazwiska, najczęściej kradzionego Stradivariusa oraz koncertuna stacji metra (7:50 rano! toż to godzina niedopitej kawy i paniki, o przejmującym styczniowo - porannym chłodzie nawet nie wspominam - nie grajków! co innego 17:50).
Zachwycił mnie Prokofiew. Ale jak to zwykle na koncertach bywa - najbardziej urocze sa bisy.
A na bis były : Melodie cygańskie,
oraz Nokturn Chopina w aranżacji na skrzypce (nawet udało sie znaleźć takowa na jutubce)
no i zupełnie przypadkiem- zrobił sie bardzo muzyczny wieczór :):):)
Niebiosa mnie wysluchaly, co zepsuly naprawily i dzis niebo uczyninono z prawdziwego niebieskiego blekitu, przetkano go uroklilwie bialymi klebkami a dla rownowagi wszechpanujaca szarosc urocza biela przyproszono. Grozne szkielety wylaniajace sie z mglistej zupy nabraly wdzieku koniakowskich koronek. Tak bylo rano, gdyz wieczorem a raczej troche pozniejszym popoludniem - ciemnosc do ogladania ofiarowano (dziwne...:)), ale i tak przejrzystosc tej ciemnosci optymizmem napawala.
Wczoraj wyruszylismy na beznadziejne poszukiwanie jakies snieznej laczki (moze napadalo tyle choc, by sie przejsc choc kawalek, kawleczek) w zasiegu czasowego cyrkla. Bezskutecznie.
Pospacerowalismy tylko troche podziwiajac mlecznosc.
Trebunie pamietam (a wspominam z nostalgia, jako cos, co mnie zauroczylo bardzo), z koncertu na krakowskim Kazimierzu, jazzujacych na goralska nute, z czasow jeszcze przedtwinklowych.
Nie potrafie odnalezc tamtych Tutkow.
Reagge - Tutki - nie porywaja mnie. Wole tutkowe Tutki .
To cos za oknem wydaje sie niedorobka, wypadkiem, czyms co sie zepsulo i szybko powinno zostac naprawione. To cos ciemne, mgliste i zimne. To a ni jesien, ani zima, to jakas pomylka natury, niedokoczona pora roku. Ba, a sa miejsca na swiecie, w ktorym to cos przez wiekszosc roku trwa; bylam, widzialam, inaczej jak moglabym uwierzyc:))
Na salwowanie sie lodowcem - codzienna, skrzeczaca rzeczywistosc nie pozwala (zeby juz spadl snieg, to mozna by na jakas poblizsza gorka, a tu tylko ta mgla i mgla).
Marco Besley spiewa dawna muzyke Wloch i Hiszpani, z charakterystyczna maniera, czym - jak to w takich przypadkach bywa - polaryzuje melomanow.
Jako ze z reguly strone tych nie do konca rozsadnych trzymam (o czym jeszcze obszerniej nadzieje mam)- Marc-iem sie zachwycam.
Czego i milym zagladaczom zycze :)
wybralam sie w siec na poszukiwanie wiersza o jesieni. najbardziej spodobal sie.
(bo Leszka Dlugosza juz wspomnialam)
Ale nie znalazlam tego co szukalam. postanowilam wiec napisac sobie sama. :)
wczoraj, zapewnie w ramach wprowadzania w penderecka atmosfere, radio bawarskie uraczylo kwartetetem klarnetowym.
przed chwila skonoczyl sie koncert, nadawany na zywo z Monachijskiej Rezydencji, premiera niemiecka Concerto doppio per violino, viola e orchestra Krzysztofa Pendereckiego (dla tych, co chca posluchac - Penderecki tak od ok. 15 min., wczesniej nudza Bethoveenem) *.
(pan w radiu powiedzial, ze szysztof penderecki na podium wlasnie wyszedl; pewnie tak bylo, bo brawo bijom). wlasnie, wlasnie graja penderecki bis.
ja tutaj, nie tam, ale slucham, slucham, rozpartam w fotelu (moj fotel wygodniejszy, o;)) i se slucham.
---
po Pendereckim zagrali siodma symfonie Bethoveena.
Wciaz nie wiem, czy Ludwiga van tez lubie . Czasem tak, a czasem mnie denerwuje.
ale tego fragmentu slucha sie przyjemnie (i latwo).
Wiec posluchajmy :))
* polska premiera biedzie miala miejsce 23 listopada w Poznaniu
Niedawno trafilam na taka ciekawostke.
Słuchacze radiowej Dwójki wybrali najlepsze płyty jazzowe wszech czasów.
Pomimo ze jazzu nie przybywa u mnie juz od czasow prawie wszech:),
okazuje sie, ku mojemu zaskoczeniu, ze pierwsza dzisiatka gosci na lilkowej polce (z wyjatkiem Stanki). Wiekszosc pierwszej dwudziestki (brak numeru 17 i 18)- takoz.
Ale - powialo zgroza. nie ma Oscara Petersona.
Gitarzysci- z wyjatkiem Django - tez zdaje sie po macoszemu
(ale, ale jesli dobrze zrozumialam- to setka owa zostala zaproponowana przez Dwojke sama;
zabraklo Petersona? Dwojko!)
przyjrze sie jeszcze pozniej liscie tej (=> ps).
Maharaje juz wspomnialam,
ale z okazji zignorowania go przez sluchaczy Dwojki/przez Dwojke wspomne raz i jeszcze.
I to z duza przyjemnoscia.
A na deser lekka zmiana nastroju i numer 81, prosto z lilkowej polki :)
ps. kolejne notki - z powodow ostrego braku czasu - dopiero w listopadzie (ale to juz wkrotce:)).
przepraszam milych a cierpliwych zagladaczy za to przydlugawe milczenie. czas, czas, czas....uffff.
Rozkurzawił się, rozszalał,
piaskiem o bruk chlasnął, trzasnął,
w szyby domów bębnął, chlasnął
i pyłem ulice zalał.
Rozkręcił się, rozpiekielnił,
jak bies czarny poszedł w tany,
jak szalony, jak pijany,
walił w ściany, pluł na ściany,
gwizdnął, pisnął, stuknął, wrzasnął,
rozhulał się, rozweselił...
Potem w norę wpadł zziajany
i przycupnął gdzieś, i zasnął...
Wiatr w zaułku
K.I.G.
Chociaż brzmi jesienno, tak na prawdę tak wygląda tutaj LATO. potrafi zjawic sie z nikad. z blekitnego nieba, z anielskiego spokoju. u nas (tzn w polskim u nas:)) zwany halnym, tu fenem (Föhn).
Przynosi "sikawice" (a nierzadko grad), czasem tęcze, a z reguly - bóle głowy (jam co prawda nie migrenowiec- którym biada- , ale moja metopatyczna natura i tak odczuwa zawczas i dosadnie)
pogodne dni- dobro latoś dawkowane szczodrze,
traktowane lekce i bez pietyzmu,
niespodziewanie staly sie
cenne.
po pracy zdazylam jeszcze wyskoczyc na rower
(juz za chwileczke juz za momencik nadejda zle wieczory,
deszczowe a co gorsza - ciemne... buuuu tzn. beeee)
no wlasnie. gadalam z owca (owca: beee, ja: beeee),
gdy z za rogu nadbiegl (nadjoggingowal) mezczyzna
(cholera, znajomy z pracy) zwialam czerwona:))
lato pożegnało się pogodnie, głaszcząc wciąż bardzo zielona, wiosennie zielona
trawę miękkim
światłem zachodzącego słońca.
widzicie ta mgielke w poprzek gor?
o tej porze roku mgly witaja rano i zegnaja wieczor.
jakos tak tu jest
to tu powinien stać nasz domek,
i rdzawo oswietlajac juz osniezone (jupiii!!!) gory
***
i jeszcze wspomnienie - z lilkowejdrogi (niech zyje slowackie radio devin!).
lilka tam, lilka tu - a tu nagle- koniec lata.
czyz moze byc bardziej na ta okazje sposobne wspomnienie
niz plomienna gitara godnegonastepcy wielkiego Paco?
kto ma ochote posluchac usmiechajac sie przy tym
- usmiechem niedopowstrzymania -
do komentujacego:))- niech sciaga (polecam, bo warto posluchac):