tydzien wolnego.
800 km. osiem godzin.
i- juz mozna wcinac kwiatki z malinami:)
samotnie zapodziany malinowy krzak w bawarskim ogrodku lilka obchodzi przygladajac mu sie podejrzliwie. a moze on swieci?
***
lilkowy - prowadzi w ciszy i skupieniu.
gdy prowadze, a nic mi nie gra, zaczynam mysleco wszystkim innym tylko nie o drodze.
(chwila na refleksje o meskiej a kobiecej uwadze)
lilkowy nie ma wolnego - moge wiec spokojnie, spod stert zakurzonych plastikowych okladek powygrzebywac sobie dowoli;
te przypadkowo lub nieprzypadkowo wyklikane, skopiowane, czekajace lub zapomniane.
lub to co mi sie chce, lub moze sie zachciec (ooo tego to nie jestem w stanie przewidziec; stad i podrozne zapasy obfite) , by wypelnilo blaszane pudelko, na te kilka godzin. wedruje ze mna koszyk pelen plastikowych otoczek, przewalajacych, rozsypujacych sie przy kazdym hamowaniu.
a wszystko tylko po to- by uniknac wypadku.
odrobine jednorecznej ekwilbrystyki* i juz cos gra.
(ale o TYM - napisze w osobnym poscie. tak zdecydowalam.)
na droge- wypada niby wrzucic cos lekko, odprezajacego....?
eee tam, przesady. jestem sama- wiec moge sobie puscic - najdowolniejsze zgrzyty i lomoty.
trzeba korzystac z chwil samotnosci.
bo tego co lilka czasem slucha- nawet likowy nie zawsze strzyma :)
no to korzystam. jade i slucham. nawet jesli warunki dalekie od aufiofilskich. co mi tam.
* wyjatkiem bywa droga przez Slowacje. Radio devin potrafi moje podrozne samopoczucie.
obywa sie wtedy bez ekwilibrystki.
***
a ze - droga dluga (razy dwa przeciez) wiec lekko a przyjemnie - tez bylo.
o, tych panow sobie posluchalam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz